Home

Previous Entry | Next Entry

Rzeczpospolita: dzienniki marcowe

  • Apr. 3rd, 2006 at 6:03 PM
journey
Jeśli nie możecie stać z nami, to chociaż zapamiętajcie
Niebo było niebieskie, takie niebieskie, jakiego nigdy jeszcze nie widziałam. Kiedy będę umierać, postaram się przypomnieć sobie to dziwne błękitne niebo nad placem Październikowym w Mińsku. Wieczorem, 20 marca, kiedy zaczął się nasz białoruski Majdan.

Krąg ludzi chroniących miasteczko namiotowe na placu Październikowym w Mińsku
(c) REUTERS/VASILY FEDOSENKO
Przez kilka dni na placach Mińska była wolna Białorouś — bez Łukaszenki
(c) AFP/VIKTOR DRACHEV

Kiedyś nam pewnie będą wmawiali, że wszystko było źle zrobione... Pamięć też da się zatrzeć i przepisać, tak jak książki, gazety, dokumenty. Wtedy te zapiski pomogą mi przypomnieć sobie lub komuś innemu, co się naprawdę wydarzyło. Pod warunkiem, że ludzie ośmielą się wspominać, że ktoś TEGO będzie potrzebował. Ja w to wierzę. Dlatego usłyszawszy i zobaczywszy to wszystko, będę notować. W epoce wojen informacyjnych nawet bardziej niż przed tysiącem lat potrzebni są anonimowi kronikarze.

Wołajcie na mnie po prostu Dana. Jestem małym człowiekiem. Ani bojownikiem, ani agitatorem, ani przywódcą. Bardzo się boję. Zrobię jednak to, co uznaję za swój obowiązek. Inaczej już nie będę sobą, zostanie tylko ktoś obrzydliwy, tchórzliwy i obojętny w mojej skórze. W opowiadaniu Kafki człowiek, mając oblicze potwora, zachował świadomość ludzką. Tutaj byłoby odwrotnie. Zagnieździłoby się we mnie żałosne stworzenie, lecz moja istota by umarła. Chociaż można dyskutować, co jest straszniejsze.

3 marca

Wczoraj po raz drugi w życiu uczestniczyłam w mityngu politycznym. Było to spotkanie Aleksandra Milinkiewicza z wyborcami z Mińska. Niby pokojowa rzecz, ale odczucie, jakbyś był w okupowanym mieście. Świetnie pamiętam rok 1994, kampanię wyborczą Łukaszenki, kiedy to on zbierał ogromne tłumy wyborców na placach. Nikt mu nie próbował przeszkadzać, otaczać teren, rozpędzać ludzi pałami. Takich określeń, jak "nielegalny pochód", nikt wtedy nie słyszał.

Otóż wczoraj... wczoraj było naprawdę okropnie.

Jeszcze 28 lutego zobaczyłam na bramie ulotkę - "Milinkiewicz zaprasza na plac Wolności" - i zdecydowałam się pójść. 2 marca spokojnie pracowałam w biurze, kiedy po obiedzie zadzwonił Pasza i bardzo dziwnym głosem (jakiego nigdy u niego nie słyszałam) powiedział, że Aleksander Kazulin próbował przejść przez ochronę, żeby wystąpić na tzw. Trzecim Wszechbiałoruskim Zgromadzeniu Ludowym. Ludowego zebrania bronili jednak przed ludem dosyć gorliwie. Kandydata na prezydenta, już niemłodego inteligenta, byłego rektora wyższej uczelni, za próbę zwrócenia się do społeczeństwa pobili trzej członkowie jednostki specjalnej. Kazulina wepchnęli do samochodu i zawieźli na milicję. Dziennikarzom, którzy to nagrali, próbowano odebrać sprzęt. Skoczyli do auta, na co ochrona odpowiedziała strzałami w przednią szybę i opony.

No i w tym momencie poczułam oddech strachu. Pierwsza myśl: jeżeli tak się zachowali wobec znanej osoby, kandydata na prezydenta, miarkują, że wolno im absolutnie WSZYSTKO. A to znaczy, co mogą zrobić z innymi. Zbić, połamać żebra, rozstrzelać.

Ale strach nie zmienia zasad. Istnieje jakby osobno. Od razu więc zaproponowałam Pawłowi, żebyśmy poszli na plac Wolności. Wtedy już wiedziałam: "zarząd miasta" nie udzielił zezwolenia, będzie to, jak to się popularnie mówi, "mityng nieusankcjonowany".

W podobnych wypadkach sprawdza się "efekt dupy". Tak nazywamy stan wściekłości i obojętności wobec potencjalnych skutków, kiedy wyjątkowo chce się i jest konieczne dla spokoju wewnętrznego wstać i zadeklarować: "A mam to wszystko w dupie!".

Od razu odzyskujesz zupełną duchową harmonię i egzystencjalną identyczność siebie. Powiedziałam tak w myśli. I ulżyło. Chociaż, szczerze mówiąc, przez resztę czasu tchórzyłam potwornie i wyobrażałam sobie zniszczone nerki, złamany nos itp. Ciężko było pracować. W głowie jakaś głucha pustka.

O 18.10 byliśmy przy placu Wolności, obok starego ratusza. Już na podejściu od strony stacji metra Niemiga rzucało się w oczy osaczenie. Obszar przy soborze św. Trójcy i niektóre boczne uliczki opasano żółtą wstążką z napisem "Przejście zabronione. Milicja..." i coś tam jeszcze. Za tą taśmą stali mundurowi i tajniacy z KGB.

Tak, KGB skierował do akcji co najmniej połowę swoich jednostek bojowych w Mińsku! "Wolontariusze" przestraszyli mnie bardziej niż ludzie w mundurach. Z nimi przynajmniej wszystko jest klarowne. Mają taką pracę, jaką mają. Zatrudniali się przecież nie po to, by katować prostych obywateli, lecz zwalczać przestępczość. W ich twarzach jest jakoś więcej inteligencji i poczytalności.

Ci czarni - bo z jakichś powodów wszyscy byli albo w czerni, albo w ziemistoszarym - to coś zupełnie innego. Barczyste młode chłopaki albo twardzi małomówni mężczyźni o niewyrazistych, jakby wytartych twarzach. Czarne kurtki, czarne wiązane czapeczki, jak u bojowników czeczeńskich albo rosyjskich bandytów. Kamienne kości policzkowe, puste oczy, a twarze takie... bezlitosne i kompletnie niepoczytalne. Wyczuwam takie rzeczy, przecież wyrosłam w robotniczej dzielnicy, gdzie co chwila kogoś kaleczono, jeśli nie zabito. Więc TAKICH bym omijała jak najdalej...

Oddzielała nas cherlawa taśma. Oni stali milcząco, nieruchomo, wpatrując się we wszystkich zmierzających w stronę placu Wolności.

Na placu zebrało się trzy tysiące ludzi, nie licząc próbujących przejść bocznymi uliczkami. Pokrzyczeliśmy "Niech żyje Białoruś!" i "Milinkiewicz!". Kręciliśmy się z Paszą w tłumie, szukając znajomych, nie wiedząc, gdzie jest Milinkiewicz ani co robić. Później ktoś powiedział, że trzeba ruszać przez most w stronę prospektu Maszerowa. I cała masa tam popłynęła.

Szliśmy bardzo powoli i spokojnie. Raz po raz z megafonu rozlegały się wrzaski: "Szanowni obywatele! Rozchodźcie się!". Aha, jeszcze czego! "Zasada dupy".

Zdążyłam przyjrzeć się ludziom maszerującym obok mnie. Twarze przeważnie inteligentne. Wielu wyraźnie po trzydziestce, nawet starsi. Kłamią mówiący, że w podobnych akcjach biorą udział wyłącznie młodzi. Osobiście widziałam malutką starszą panią z laską. Nawoływano ją, żeby odeszła. - Proszę pani, co pani tutaj robi? - pytał co drugi. Uśmiechała się i cichutko mówiła: - Jestem z wami, syneczki.

Uzbrojenia ani pałek nie widziałam. Tylko jeden brodaty miał wędkę, na której powiesił dżinsową płachtę. Spotykało się oczywiście i tych krępych starszych panów, którzy trzymają się jeden drugiego i hamują młodych. - Trzymajcie się razem, gromadą - troskliwie powiedział jeden młodzieńcom. Ale przeważał kontyngent niebojowy - młode dziewczyny, młodziutkie chłopaki, kobiety, długowłosa inteligencja różnego wieku.

Przy prospekcie Maszerowa, obok Domu Wychowania Fizycznego, zagrodził nam drogę łańcuch OMON [jednostki specjalne MSW - przyp. red.]. Byliśmy z Paszą nie w samym pierwszym rzędzie, jednak wystarczająco blisko. Dobrze im się przypatrzyłam.

Żołnierze z blokady ubrani byli w czarne mundury, w kaskach zakrywających twarze, z tarczami. Przy czym osłony nie były zaokrąglone, plastikowe, lecz metalowe, o bardzo ostrych kątach. Uderzy takim w twarz - i ślad na całe życie.

Na początku w ich stronę poleciały śnieżki, ale szybko przestano rzucać. Staliśmy naprzeciwko, twarzą w twarz. Ludzie zaczęli krzyczeć: "Hań-ba! Hań-ba!". Cóż można było zrobić? Staliśmy i czekaliśmy, gdy ktoś pokazał mi ogromną sztuczną różę, płynącą nad tłumem, i powiedział, że gdzieś tam idzie Milinkiewicz.

Róża skręciła w prawo, do tylnego wejścia Domu Wychowania Fizycznego, a masa ruszyła za nią, wzdłuż tarcz. Kiedy ludzie z blokady zrozumieli, że ich omijamy i nie rzucamy się w bójkę, zaczęli walić pałkami w osłony i krzyczeć: - No, chodźcie tutaj, świnie!

Ale nikt nie zareagował. Milinkiewicz, otoczony kupką ludzi, stał na ganku. Stłoczyliśmy się naokoło. Przekazali megafon. Najpierw przemówił Kalakin. Gorąco, ale dość ogólnikowo, o kłamstwach władz i mediów, o niesprawiedliwości, o systemie kontraktowym, o prześladowaniach myślących inaczej. Szczerze mówiąc, nie wywarło wrażenia. Zbyt ogólnikowo.

Potem wystąpił Milinkiewicz. Mówił w sumie o tym samym, powtarzając tezy swego programu. Może już byłam zmęczona, bo zapamiętałam jedynie jego drżący, zrywający się głos. Widać, że to człowiek nieprzyzwyczajony do występów z megafonem, na mrozie i wietrze, w obecności tłumu ludzi. Jego twarz wydała mi się zmęczona, jakby wziął na siebie zbyt dużą odpowiedzialność, a odwrotu już nie ma.

Zaczęłam się rozglądać, żeby sprawdzić, ile nas zebrało się pod stacją metra Niemiga. - Żeby tak wspiąć się wyżej... - powiedziałam. I wówczas stojący z tyłu nieznajomy chłopak chwycił mnie i uniósł nad ludźmi. Ocenić liczby nie potrafiłam. Ale zobaczyłam, jak zza katedry idealnie równym wężem, przypominającym sznur karaluchów robotów, wypełza OMON. Najbardziej przestraszyła mnie ta mechaniczność i bezcelowość. Wszyscy w jednakowych czarnych ubraniach, z okrągłymi głowami kaskami, w idealnie odmierzonej odległości od siebie. W tłumie przerażenie, jakaś dziewczynka krzyknęła, rozległ się szept: - Patrzcie, iluż ich jest!

Wkrótce potem Milinkiewicz skończył przemówienie i poprosił, żebyśmy się rozeszli, "nie dyskutując" z milicją, bo "przecież to pokojowe zebranie". Kiedy schodził z ganku, ludzie wokół niego wzięli się za ręce i poprowadzili, osłaniając własnymi ciałami, do samochodu.

Na szczęście obeszło się bez bójki. Tłum zaczął topnieć. Jednak ci czarni biegli razem, trzymając szereg, okropnie i bezsensownie, następnie nie wiadomo po co skręcili w stronę Swisłoczy.

Obserwowałam to z mostu, kiedy podeszło do mnie dwóch milicjantów, wzięli pod łokcie i zażądali, żebym "nie przeszkadzała w ruchu obywateli". Obywateli na chodniku w tej chwili nie widziałam. A niech im, bronić swego prawa, żeby zostać na miejscu, nie chciałam. Na tym się skończyło.

4 marca

Kiedyś w naszym mieście na spotkaniach z kandydatem Łukaszenką nikt nie myślał, by otaczać plac i rozbijać elektorat. Pamiętam, że wtedy pierwszy raz byłam na politycznym mityngu. Będąc entuzjastycznym smarkaczem zachwycałam się Łukaszenką sprzed 12 lat. I nic dziwnego. Całe nasze prowincjonalne miasteczko, co do jednego, było w ekstazie wobec nowego "Batki". Trzeba jeszcze dorzucić do tego mocne oddziaływanie wychowania. Wyrosłam, słuchając opowieści o sławie oręża rosyjskiego. Słowiańskie braterstwo dla mnie nie jest pustym dźwiękiem. Wystarczy powiedzieć, że kilka lat później, podczas wojny w Jugosławii, zamierzałam przebijać się na pomoc braciom Słowianom, licząc się na swoje umiejętności strzeleckie.

Bardzo długo po wyborach nie interesowałam się zbytnio polityką. W sumie wszystko mnie pasjonowało. Byłam członkiem organizacji Biełaruski Riespublikanski Sojuz Molodioży [młodzieżówka łukaszenkowska - przyp. red.], ale oni wtedy praktycznie nie zajmowali się ideologią. Organizowali kabarety i wyprawy turystyczne, dyskoteki i spotkania. Nazwałabym ten okres "pokój na ziemi i w ludziach". Było mało informacji, a rodzina w pełni popierała Łukaszenkę.

Zastanawiać się zaczęłam po cichu na drugim roku studiów, kiedy weszłam w konflikt z administracją akademika. Wredna kierowniczka po prostu zaczęła ścierać mnie na proszek, bezczelnie rugować z akademika. Próbowałam szukać sprawiedliwości w naszym "sprawiedliwym i prawidłowo rządzonym kraju", lecz odkryłam z przykrością, że kierowniczka do spraw studentów bierze łapówki. Ma więc prawo do wszystkiego. Mocno to uderzyło w moją wiarę w prawidłowość ustroju.

Następny cios - przykręcanie śruby na trzecim roku. Podczas wyborów prezydenckich zmuszano ludzi, co do jednego, by głosowali przedterminowo. Do prywatnych pokojów studenckich - obojętnie, męskich czy kobiecych - wpadali rankiem wykładowcy z dziekanem. Wyciągali z łóżka o 9 rano i pędzili na wybory. Odmawiającym grozili pozbawieniem akademika lub wydaleniem z uniwersytetu. Tak BYŁO! Nigdy nie zapomnę. Bardzo to, hm, otrzeźwia młodych.

Kolejnym ciosem było zamknięcie Liceum im. Kołasa [ostatniej szkoły, w której uczono po białorusku - przyp. red.]. Właśnie wtedy pierwszy raz wyczułam, jak wielka jest przepaść między moimi wyobrażeniami o własnym kraju a rzeczywistością.

Smutno stworzony jest człowiek. Tylko temu współczuje w pełni, czyje nieszczęście odczuł na sobie. Walka uczniów i nauczycieli o swoje liceum, walka przeciw samowoli władz przypomniała mi moje starcia w akademiku. Wspomniałam własną walkę o elementarne prawo, by nie iść głosować przedterminowo, lecz w dzień wyborów. Pamiętam jak dziś, jak w dziekanacie obiecano mi, że jeśli zagłosuję wcześniej, rozwiążą mój problem z mieszkaniem. Ale w młodości mamy najpiękniejszy instynkt - ślepego, odruchowego buntu przeciw każdej presji...

Największe obrzydzenie wywołało referendum w sprawie poprawek konstytucyjnych. Przygotowania do niego, masowy nacisk informacyjny - to osobna opowieść, na którą teraz nie mam czasu, no i złości...

Wczoraj przez cały dzień chodziłam od mieszkania do mieszkania, rozdając ulotki o Milinkiewiczu. Żartem nazywamy to z sąsiadami chodzeniem za świętą sprawą. Jest w tym niemała doza autoironii, no i świetnie, ponieważ od wyniosłości do hipokryzji tylko jeden krok. Dlatego dzisiejsi młodzi są cyniczni. Rozpaczliwie bronią się przed sztucznością, samouwielbieniem i hipokryzją, za którymi stoi moralne ubóstwo. Przeciwstawiają się jak umieją, odpychają z obrzydzeniem, rzucają się w skrajności z właściwym sobie maksymalizmem. Jednak cynizm i autoironię stosują przede wszystkim wobec siebie. To swego rodzaju surowe łachmany dla duszy.

Skąd wziął się żart o świętej sprawie? Pewnego razu przed Bożym Narodzeniem ciągaliśmy się od mieszkania do mieszkania, zbierali podpisy. Było mroźno, silny wiatr dobierał się do skóry jak lodowata dzida. Po pięciu minutach na ulicy już nie czułeś rąk. Nawet na klatkach było zimno.

W ponurym nastroju, głodna, zmarznięta weszłam do jakiegoś domu. Zadzwoniłam do pierwszego mieszkania w przeczuciu, że w drzwiach znowu pojawi się opuchnięta od pijaństwa gęba i gniewnie ryknie: "My za naszym prezydentem, mamy jednego "Batkę" w myślach, a takich jak wy to trzeba zabijać!".

Ale drzwi otworzył pan przypominający profesora, w okularach i z płową bródką. Na frazę o zbieraniu podpisów zareagował bardzo przychylnie. Uśmiechnął się, zaprosił wstąpić, ogrzać się. Kiedy siedząc na krzesełku odmarzałam, zawołał żonę i oboje podpisali się. Zanim wyszłam, pan powiedział ze współczuciem: - Zmarzliście na pewno! W święty wieczór trzeba siedzieć w domu, odpoczywać. Ale... państwo wykonujecie świętą sprawę, wam przebaczą.

Powiedział to bardzo poważnie. I od takiego nieoczekiwanego współczucia, które ogrzało lepiej niż kubek herbaty, prawie się rozpłakałam za drzwiami.

Wczoraj też był świetny wypadek. Otworzył drzwi dość wysoki pan lat sześćdziesięciu, przypominający starego aktora albo pisarza, całkiem siwy, a jednak z ostrymi rysami twarzy i jasnymi oczami. Spod domowego swetra wystawał ostrokątny kołnierzyk białej koszuli, jak u aktora Michała Zadornego.

Na ulotkę spojrzał aprobująco i idealną białoruszczyzną powiedział: - Dziękuję, ale nie potrzebuję. I tak będę na niego głosować.

Powiem tak: jestem sentymentalną osobą. Macie prawo śmiać się, ale ucałowałam go w policzek. Jakże błyszczały jego oczy, gdy wyprostowawszy się, rzekł, trzymając mnie za rękę: - Będziemy razem walczyć przeciwko ciemnocie.

Prawdę mówiąc, podobne rzeczy zdarzają się wcale nieczęsto. Jak dotąd, mnie się poszczęściło: nikt nie próbował dać mi w pysk albo zawołać milicję. Natomiast jednej znajomej rzucili zgniecioną ulotką w twarz. Zapytała tę osobę: - No i po co śmiecić na schodach?

Dość znaczna grupa ludzi, zwykle starsze panie, reagują na proponowaną ulotkę głębokim emocjonalnym odrzuceniem. - Nie będę na niego głosować, bo nic o nim nie wiem!

A jak im proponujesz: - Więc przeczytajcie, to może czegoś nowego się dowiecie - często tracą nad sobą panowanie: - Nie, ja nic nie chcę wiedzieć, mnie nie trzeba nic opowiadać!!!

Najbardziej charakterystyczny dialog:- Informacja na temat wyborów. Oto ulotka, proszę pani, dla was.

(Zobaczywszy portret Milinkiewicza): - Zabierzcie waszą ulotkę! Nie chcę nic o nim wiedzieć, to drań!

- Cóż to on pani złego zrobił? Po emocjonalnym referacie pod tytułem "Co zrobił Milinkiewicz dla Grodna i co może zrobić dla Białorusi", pytam: - W związku z tym, dlaczego nazwaliście go draniem?

Znów nieprzyjazne zaskoczenie i milczenie. Potem nieklarownie, lecz z demaskatorskim zapałem: - Bo przecież tak nie można...

Co to jest to "tak", już się nie dopytuję. W takich dyskusjach zwykle kropkę stawiają drzwi, zamknięte przed nosem. Przeraża brak jakichkolwiek oznak logiki w podobnej postawie. Rozmawia się jak z człowiekiem owładniętym obsesją. Takie same wrażenie robią na mnie gorliwi kaznodzieje baptyści. Jedyna różnica jest taka, że oni nie są agresywni. I w ich oczach nie ma strachu.

Z rozmów w kuchni, na ulicy, w audytoriach:

- Mówią, że będą rozpędzać wodą z hydrantów. Otoczą plac Październikowy i boczne ulice, będą grzmocić pałami tych, co spróbują się przedostać.

- Trzeba iść grupami. - Kurczę, jednak mokremu zimno, zwłaszcza na mrozie... Długo nie wytrzymasz.

- Ale hydranty lepsze niż automaty.

- Kupić by w second-handzie wygodne buty, bo na obcasach daleko nie uciekniesz...

- Mówią, że w czasie zatrzymania mogą podrzucić narkotyki. Trzeba szczelnie zaszyć torby i kieszenie.

- Żeby nie zniszczyli nerek, załóż plecaczek, od ramion do pasa. I do niego włóż parę książek.

- Lepiej kawałek forniru. - A jeszcze chcę zamówić w klubie rycerskim osłonę na rękę. Na lewą. Bo chronić się od pałki gołą ręką byłoby trochę smutne...

Otrzymałam wiadomości. Dwóch moich przyjaciół zgarnęli za udział w mityngu poparcia dla Kazulina i w spotkaniu z Milinkiewiczem. Wczoraj ich osądzono. Wyrok "wyliczyli" na podstawie nagrania wideo. Dostali 7 i 12 dni (dziwnie, skąd taka różnica?). Ktoś ze znajomych w sieci napisał, że są w izbie rozdzielczej przy ul. Okrestina. I wielu jeszcze "przestępców politycznych" po rozprawach sądowych. W celi jest wilgotno, a żarówki palą całodobowo. Zatrzymanych prawie nie karmią. Prosili o pomoc - jedzenie, papierosy, ciepłe ubrania. Wszystko się przyda: jak nie naszym, to sąsiadom w więzieniu.

Zadzwoniłam do tej cholernej izby. Nie zezwalają na spotkania z więźniami. Ale paczki przyjmują. Można przekazać jedzenie, odzież, książki. Jutro pójdę tam po obiedzie. Jak tam chłopaki...

15 marca

Drżę ze zmęczenia i przesilenia nerwowego. Zbiera się dzień po dniu. Do chłopaków w izbie przy Okrestina dziś nie dojechałam. Tęgi plecak napchany różnymi dobrami (jedzeniem i książkami) czeka w kącie. Jutro.

Smutna ironia losu: dzisiaj w pracy wznowiono ze mną kontrakt. Od razu na trzy lata. Ze względu na moją pracowniczą wartość. Napisałam podanie o urlop - od 20 do 25 marca. Jeśli wywalą z pracy, to przynajmniej niecały przepadnie.

W sumie zawsze chciałam należeć do klasy średniej. Wiele pracować, zajmować się interesującymi sprawami, otrzymywać za to dobrą pensję. Zbudować dom za miastem, kupić samochód, mieć psa chow-chow, z grubym pyskiem i fioletowym językiem. I jeszcze sad z jabłkami. I żeby w domu zawsze był komputer podłączony do Internetu, i często wpadali goście...

Niech tam. Widać burżuj ze mnie nie wyjdzie. Szkoda...

16 marca

Paczki dla "politycznych" przy Okrestina jednak przekazać się nie da. Dziś rano przyjechał mój przyjaciel Oleh. Powiedziano mu następująco: "Zezwoliliśmy wam na paczki, to wyście zupełnie bezczelności nabrali". "Bezczelność" polegała na tym, że Oleh nie był tego ranka pierwszą osobą z paczką dla "politycznych".

Sąsiadka Tania przyniosła ciekawy wydruk. Podobno jakiś oficer MSW przysłał anonimowy list do sztabu Milinkiewicza i Kazulina i uprzedził, w jaki sposób będą rozpędzali demonstrantów. Na dachach przylegających domów, według słów autora, ulokują się snajperzy. A w piwnicach będą czekały jednostki specjalne. Do tego jeszcze obiecano nam prowokatorów wewnątrz tłumu, którzy mogą zorganizować kilka wybuchów, żeby zarzucić to opozycji.

Przeczytawszy te straszne strachy, nie mogliśmy się nie pośmiać z akapitu na temat "gazów wywołujących mimowolną defekację". Pewnie właśnie to miało najbardziej narzucać myśli o prowokacjach. Chciano zastraszyć młodych romantyków studentów, którzy boją się nie kuli, ale poniżenia. Cóż, będziemy pościć. W skrajnym przypadku zwrot "mam to w dupie" trzeba będzie potwierdzić działaniem.

18 marca

Jest prawie trzecia nad ranem.

Dziś pracowałam ze studentami w klubie. Wielu pojutrze idzie na plac, a jutro na koncert poparcia dla opozycji. Wieczorem wreszcie opuścił mnie ślepy gniew i niekontrolowany strach, ściskający do bólu skroni. Nie mam w sobie teraz lęku i nie mam wojny, jedynie spokój i miłość. Wszystko osiągnęło zwartość. Nie szukam nienawiści, lecz miłości.

Miłość jest pokojem: w sercu pełnym miłości nie ma miejsca na nic innego.

19 marca. Obserwacja

Powiem krótko, bo czasu nie mam. Siedziałam w okręgowej komisji wyborczej, obserwowałam cały proces. Wczoraj na listach wyborców w mojej dzielnicy było 1925 nazwisk. Dzisiaj rano zrobiło się już 2122. Wieczorem, przed liczeniem głosów, było ich 2251. Nie mogła dzielnica "wyrosnąć" o 225 ludzi? Komisja trafiła mi się normalna, kłamać nie będę, pozwolili obserwować liczenie. Mam dobry wzrok, dlatego widziałam jak rozkładano biuletyny na najbliższym skraju biurka. Dwa razy "łapałam za rękę" osobę dokładającą biuletyn "za Kazulina" do stosu "za Łukaszenkę".

Wyniki z głosowania przed terminem i w dzień wyborów różnią się rażąco. Cyfry pamiętam prawie wszystkie, gdyż kilkakrotnie przejrzałam protokół.

W wyniku głosowania w dzień wyborów Milinkiewicz dostał 350 głosów, Łukaszenko - 540, Kazulin - 73. Przeciw wszystkim zagłosowało 107 osób. 22 głosy były nieważne.

No i porównajcie teraz z wynikami przedterminowego głosowania: Milinkiewicz - 25, Łukaszenko - 355, Kazulin - 26. Przeciw wszystkim - 3 głosy.

NIE WIERZĘ, że wyniki mogą tak się różnić. Tym bardziej że przed terminem wcale nie głosowali sami starsi łukaszyści. Największy odsetek dawał akademik - jasne, dlaczego.

19 marca po obserwacji trafiliśmy na mityng na placu Październikowym, poniewczasie, o wpół do jedenastej wieczorem. Jak to powiedziała Asia, "znowu władza zwiodła naród". Żadnych hydrantów, żadnych jednostek specjalnych, żadnych strasznych gazów! Nie, wcale tego nie potrzebowali. Najbardziej skuteczny środek dzisiejszej władzy to strach. I ona mistrzowsko go wykorzystuje. Ludzie byli zastraszeni długo przed 19 marca. Zastraszeni ogłoszeniami służb specjalnych o kolejnych "wykrytych" bazach dla szkolenia bojowników. Zastraszeni idiotycznymi pogłoskami o gruzińskich terrorystach, zamierzających niby roznieść na cztery wiatry szkoły w Mińsku (oraz dodać trucizny do wodociągu). Jednego znajomego matka po prostu zamknęła w domu na klucz i nie puściła na demonstrację.

Było tam maksymalnie 10 tysięcy ludzi. Stali tam i stali, później poszli na plac Zwycięstwa i stąd rozeszli się po domach. Ale jutro idę znowu.

20 - 21 marca. Majdan Polonez Ogińskiego

Piszę to 22 marca o godz. 0.48. W ciągu ostatnich dni spałam dwie godziny. Pół godziny temu wypuścili mnie z posterunku milicji. Do tej pory nie wiem, gdzie jest mój brat, który niósł ludziom na plac jedzenie.

Być może on jeszcze tam stoi, na placu Październikowym, połączywszy się z innymi w pierścień, na śmierć, trzymając ich za ręce, wokół malutkiego miasteczka namiotowego, by bronić je swoim ciałem.

Na Mińsk spada 10-stopniowy mróz. Wsparcie nie przyjdzie, nikt nie przedostanie się przez milicję i KGB-istów w cywilu, którzy blokują wszystkie wejścia i wyjścia z placu. Nikt nie może im donieść gorącej herbaty albo śpiwora. O tym przekonałam się sama kilka godzin temu.

Wielu z nich w tym pierścieniu stoi już ponad 15 godzin. Ktoś więcej niż dobę. Wkrótce zacznie ich zabijać mróz. Kolejna "elegancka wygrana" reżimu.

Przez te dwa dni wydoroślałam o dziesięć lat. Te dni pochłonęły bardzo wiele i możliwe, że zmieniły moje życie bardziej, niż mogę sobie teraz wyobrazić. Przez te dni dowiedziałam się, co znaczy Zwyciężyć Strach, co znaczy Lubić i Nienawidzić. I jak to bywa, kiedy zawala się życie - tego, o czym się dowiedziałam i co wyczułam, nigdy, NIGDY nie będę umiała zapomnieć. Ani przebaczyć. Jak długo będę żyła, będą mnie palić wspomnienia. Pewnie był to najsilniejszy wstrząs w moim życiu.

Niebo było niebieskie, takie niebieskie, jakiego nigdy jeszcze nie widziałam. Kiedy będę umierać, postaram się przypomnieć sobie to dziwne błękitne niebo nad placem Październikowym w Mińsku. Wieczorem, 20 marca, kiedy zaczął się nasz białoruski Majdan.

Już teraz na uczestników miasteczka namiotowego wylewają rzeki kłamstwa. Mówią, że planowane to było wcześniej, że stali tam tylko naćpani pijani degeneraci. Władze nawet ogłaszają sumy, jakie im zapłacono. Przykro jest, że podobnie zachowuje się większość mediów rosyjskich. Dla mnie to jak nóż wsadzony w plecy przez przyjaciela. Tutaj będę pisać prawdę i tylko prawdę. Uznajcie to za najdokładniejszą informację. Byłam w pierwszej dziesiątce ludzi, którzy w blasku kamer i obiektywów zaczęli rozbijać namioty. Tak wyszło. Teraz mnie i tak grozi więzienie, i to pewno nie 15 dni. Ale obojętnie, jakie będą skutki. Niczego nie żałuję.

Więc, niebo nad placem Październikowym. Kiedy 20 marca zebrało się tam 10 tysięcy, było przezroczyście niebieskie, rodziły się pierwsze iskry gwiazd. Aleksander Milinkiewicz, stojąc na schodach Pałacu Związków Zawodowych, krzyczał do mikrofonu o tym, że wybory przeprowadzono ze złamaniem prawa, że na wyborców naciskano, że są masowe oszustwa. Potem włączyli muzykę i nad ogromnym placem popłynął smutny i surowy polonez Ogińskiego "Pożegnanie z ojczyzną". Wtórowaliśmy, cichutko, uroczyście, jak by to był hymn... Właśnie wtedy coś we mnie pękło i znikło. Gardło ścisnął tępy płacz. Przechylając głowę do tyłu, wpatrując się przez zasłonę łez w niebo, słuchałam słów napisanych jakby specjalne o nas. To nie była zwykła pieśń, ona wołała i prosiła. I nie zawiedliśmy jej.

Kiedy muzyka umilkła, jeszcze coś tam mówili, na schodach. Potem ludzie nagle się rozstąpili, robiąc miejsce, i na beton padły pierwsze namioty. Był tam i mój. Zaczęło je rozbijać pięć osób. Jeszcze nie zdążyłam podejść, gdy wyskoczyli krzepcy młodzieńcy o grubych twarzach, w czarnych czapeczkach. Rozjuszeni deptali namioty, łamali sprzęt, łapali i wynosili śpiwory, próbowali bić stawiających miasteczko. Działali bardzo sprężyście i metodycznie. Coś udało się wyrwać im z rąk, ale większość rzeczy zabrali. Na szczęście była to tylko pierwsza partia. Potem ludzie szybko ustawili się wokół nas i otoczyli niczym ścianą, mocno łącząc się za łokcie, jeden za drugim, nie puszczając nikogo do wewnątrz. Ramionami wypierali tych, którzy próbowali przerwać ten łańcuch.

Prowokatorów, tajniaków w cywilu było wielu, strasznie wielu. Stadkami krążyli naokoło. Niektórzy przyczepiali nasze znaki "Za wolność" i próbowali po cichu wcisnąć się do kręgu.

Za tą właśnie żywą ścianą - kręgiem - postawiliśmy nasze namioty. Świetnie pamiętam moment, jak stałam w łańcuchu i wahałam się, czy wejść do wewnątrz, ale wtedy zawołała mnie Swietka, moja przyjaciółka, która już tam pracowała. Bez emocji wkroczyłam do środka i po prostu wzięłam stelaż, pomagając stawiać namiot. Wstrząs przyszedł później. Najpierw próbowałam chować twarz pod kapturem, ponieważ mnóstwo kamer TV, wideo i foto celowało nam prosto w oczy. Później zrozumiałam, że to z mojej strony jakaś połowiczna decyzja. I zdjęłam kaptur.

Postawiliśmy namioty, rozesłali karimaty i usiedli. Wtedy uświadomiłam sobie, CO my zrobiliśmy. I że całe moje poprzednie życie właśnie ucieka, jak piasek przez palce. Całe! I gry intelektualne, i klub dziecięcy, który przez tyle lat mnie pocieszał. I zapewniony byt, i praca w naukowym czasopiśmie, i przyjaciele, i książki, i rodzice. I mój ukochany Mińsk. I może Białoruś... I może wolność.

Usiłowałam ukrywać łzy pod kapturem, żeby dziennikarze nie widzieli. Brzydko to wygląda, kiedy ktoś drży i skręca się od szlochu.

Potem się uspokoiłam: co zrobione, to zrobione. Nie ma odwrotu! W końcu, po co było czytać w dzieciństwie tyle dobrych książek i słuchać dobrych piosenek, żeby później w życiu nie mieć "z tym nic wspólnego"? Pozostawało zrobić jeszcze jedno i ja to zrobiłam. Zadzwoniłam do człowieka, którego kocham od dwóch lat, i wyznałam mu to. Dawno chciałam to zrobić, ale nie mogłam się zdecydować. A teraz to już i tak nie ma się czego bać.

"Piękne daleko" i coś na temat kłamstwa

Najpierw wokół nas było dużo ludzi, stał spoisty pierścień. Na ganku grała muzyka, dziennikarze podchodzili i robili wywiady. Rozmawiałam z korespondentem EuroNews i gruzińskimi telewizyjnymi dziennikarzami, z korespondentem NTW. Niezbyt to cieszyło, ale skoro podchodzili do mnie...

Po godzinie 23. muzykę wyłączono, ponieważ przepis zabrania hałasować w nocy. Chcieliśmy przestrzegać prawa we wszystkim, nawet w drobiazgach. Wiemy przecież, że każdy mogą obrócić przeciwko nam. Kiedy go nie znajdą, to zmyślą.

Po 24. ludzie zaczęli się rozchodzić, żeby zdążyć na ostatnie metro. Nasza grupa robiła się mniejsza i mniejsza, jednak pierścień trzymał się dzielnie, jak to się mówi, na śmierć i życie.

W nocy zaczęli przychodzić ludzie z termosami gorącej herbaty. Były to zwyczajne starsze panie i panowie z przylegających domów. Trafić do nas od samego początku było niełatwo. Żeby nie dać ludziom nas wspomóc, milicja aresztowała każdego, u kogo znajdowała termos, jedzenie lub śpiwór. Jednak jakoś się dostawali. Pamiętam dwie starsze panie, które przyciągnęły termosy z gorącą wodą. Całowały nas i obiecały się modlić. Rankiem przyszedł bardzo stary dziadek z pogniecioną reklamówką. Miał tam kiełbasę i chleb. Dziadek powiedział: - Wybaczcie, że tak mało: to wszystko, co miałem w lodówce.

Gdyby nie ci ludzie, byłoby znacznie ciężej. Teraz milicja wyłapuje ich i wsadza na 10 dni za termos herbaty lub śpiwór. Według wczorajszych danych z Internetu zatrzymano już więcej niż 100 osób.

Co robiliśmy wewnątrz kręgu? Chodziliśmy, rozmawialiśmy, siedzieli w koło, śpiewali pieśni. Najpierw zaśpiewaliśmy "Prekrasnoje dalioko". Ta piosenka też była niby o nas. Jacyś reporterzy z radia wcisnęli mikrofon i nagrali. Głos mi zerwał się przy słowach:

"Słyszę głos, głos pyta srogo: Cóż ja dzisiaj zrobił dla przyszłego dnia?".

Tamtą pieśń w kręgu ludzi, którzy chronili nas swymi ciałami, też postaram się zapamiętać na zawsze. Ten wieczór, tak, to jest najistotniejsza i najlepsza rzecz w moim życiu.

Moja opowieść będzie obaleniem wszystkich kłamstw, które rzucają na nas białoruskie i niektóre rosyjskie media. Więc KŁAMSTWEM jest, że nasza akcja jest antyrosyjska, że nienawidzimy Rosji. Razem z nami są tu Rosjanie z Moskwy, z rosyjską flagą, trzykolorową. Nasz Majdan zaczynał się nie tylko od dźwięków białoruskich pieśni. Społem śpiewaliśmy "Pieriemien", "Grupa krowi", "Zwiezda po imieni sołnce" Coja. Również "Proswistieła" DDT. Ciągnęliśmy "Atlanty" Gorodnickiego, "Dzieci kniżek" Wysockiego. Zaśpiewaliśmy "Kryłatyje kaczeli".

Nasz protest skierowany jest przeciw kłamstwu i dyktaturze, przeciwko fałszowaniu wyborów i znikaniu ludzi, przeciwko zabijaniu dziennikarzy. I przeciwko Związkowi Radzieckiemu, który wciąż nas łapie za nogi ze swojego wydawałoby się głębokiego grobu.

Warto zapytać Rosjan: czyżby potrzebowali takiego sojusznika, jakim jest Łukaszenko? Sojusznika wybranego według zasady: "może i swołocz, ale to nasza swołocz"? A ci Rosjanie, którzy stali w osaczeniu ramię w ramię z Białorusinami, nie potrzebują takich aliantów.

Było z nami też kilku Ukraińców, którzy zdążyli dotrzeć przez białoruską granicę z flagą. Była i flaga gruzińska, ale chyba nie widziałam Gruzinów. Było wiele biało-czerwono-białych flag i kilka flag UE. Razem z nami stawiało namioty dwóch młodych estońskich dziennikarzy.

To kłamstwo, że wszystko zaplanowano wcześniej. Opowiem, jak powstała idea namiotów i jak wykreowała się pierwsza szóstka śmiałych. Po prostu nie było nic do stracenia: nasze pyski nagrały wszystkie najważniejsze kanały telewizyjne Europy, no i kamery tajniaków na pewno też. Później mogą mnie zmusić do innych zeznań, to teraz chcę zdążyć przekazać prawdę.

Wynajmujemy mieszkanie razem ze Saszą i Tanią. Z Tanią mieszkałyśmy razem jeszcze w akademiku Wydziału Dziennikarstwa Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego. Czasem przyjeżdżała do nas Swieta ze Smorgoni, również koleżanka z akademika.

Podczas koncertu 18 marca Tania i Sasza zaprzyjaźniły się z dwoma dziennikarzami z Estonii K. i C. Chodzili, pytali, gdzie można zostać na noc, ponieważ woleli nie iść do hotelu. Jak powiadał K., na granicy przepytywał ich przez trzy godziny człowiek z KGB. Zabrano K. laptop, więc bali się zamieszkać oficjalnie.

Tania i Sasza przyprowadziły ich do nas. Rozmawialiśmy do później nocy, rankiem pojechałam obserwować wybory, później na plac i do domu nie wróciłam. Zanocowałam u Paszy.

Według cyfr podawanych przez Centralną Komisję Wyborczą już wieczorem widać było, że nas oszukali. 19 marca wieczorem przyjechała do nas Swieta. Agitowała za Milinkiewiczem w Smorgoni, a wyniki w jej okręgu wyborczym też nie były pocieszające.

Jak opowiadała Tania, przez całą noc siedzieli i zastanawiali się, jak można okazać swój protest. Idea namiotów przyszła wszystkim do głowy prawie jednocześnie. Najśmieszniejsze, że nie tylko oni o tym pomyśleli. My z Paszą też omawialiśmy taką możliwość, ale na rozmowach się skończyło. A u Swiety i Tani - nie. Zadzwoniły do znajomych i do ludzi z "Młodego Frontu" [niezarejestrowana młodzieżowa organizacja białoruska - przyp. red.]. Okazało się, że wielu miało taki pomysł. Pozostało im umówić się, o której przyjdą na plac i jak przemycą sprzęt.

K. i C. na początku się zdziwili, potem powiedzieli: - Decydujcie sami. To wasz kraj. My wam pomożemy rozbić miasteczko, nam łatwiej. Potem tylko deportują i tyle. Was czekają wielkie kłopoty.

Swieta z Tanią zgodziły się na "te kłopoty". W ten sposób było ich już czworo. Rankiem 20 marca zadzwonili do nas z Paszą, pytając, czy mogą wziąć mój namiocik, śpiwór i plecak. Naturalnie pozwoliłam. Z Paszą też zdecydowaliśmy się ich wesprzeć. Wtedy nie wydawało się, że to jakaś poważna sprawa.

Było nas już sześcioro, nie licząc nieznanych mi osób. Średni wiek ludzi na placu był bliski mojego - 24 lata. Zupełnie młodzi. Studenci, lecz nie wszyscy. Więcej chłopaków niż dziewczyn.

Co dalej? Nagrywali nas prawie bez przerwy i żeby blask kamer nie przeszkadzał śpiewać, zamykałam oczy. W centrum miasteczka, między namiotami, położyliśmy karimaty. Na środku najpierw magazynowaliśmy jedzenie i ciepłe ubrania, których w końcu było tak dużo, że przeznaczyliśmy na magazyn dwa namioty. Kiedy roznosiłam między szeregami gorącą herbatę, ktoś podarował mi dwa bukiety kwiatów - irysów i jakichś jeszcze. Włożyliśmy je do słoika. Ktoś obok ustawił ikonę. Zapaliliśmy dwie grube świeczki. Teraz dbano o porządek, zbierano śmieci. Przecież mamy tu ikonę... Obok stały tylko termosy z gorącą herbatą, ale prędko je opróżniano. Mało siedzieliśmy w środku - jak tylko przynosili herbatę lub kawę, rozlewaliśmy do kubeczków i rozdawali ludziom z pierścienia.

Jeden z najbardziej parszywych wymysłów białoruskich mediów to ten, że byliśmy pijani, a w termosach to nam piwo przynosili. Głupi! Jaki idiota na mrozie o trzeciej nad ranem piłby piwo, jeśli już - to gorącą wódkę!

Zresztą przewidywaliśmy takie plotki. Dlatego w miasteczku namiotowym i naokoło obowiązywał zakaz picia alkoholu. Od czasu do czasu ludzie skandowali: "Jestem trzeźwy! Jestem trzeźwy!".

O czwartej nad ranem jakiś nieznajomy chłopak przyniósł nam dwie butelki wódki. Chcieliśmy go wysłać w diabły, ale pomyśleliśmy: może nie jest prowokatorem i wracając, trafi do rąk milicji? Myśmy tych nieszczęsnych butelek nie otworzyli, schowaliśmy je w namiocie.

Całą noc z nami był Aleksander Milinkiewicz z żoną. Schodzili ze schodów do naszych namiotów. Jednego razu udało się przemycić im termos z herbatą. Dwóch synów Milinkiewicza zatrzymano w nocy w alejach, kiedy próbowali przenieść ciepłe rzeczy.

W nocy było bardzo zimno, zwłaszcza ludziom w kręgu, który nas osłaniał od wiatru. Ci ludzie... jestem gotowa paść na kolana przed nimi. Stali na mrozie ciasnym pierścieniem całą noc i dłużej - PRZEZ 14 GODZIN I DŁUŻEJ, nie ruszając się. W nocy przyprowadzili do nas młodzieńca w lekkim ubraniu. Ledwie mógł mówić. Poiłyśmy go gorącą herbatą, masowały ręce, na których nie miał rękawiczek.

Jak się rozgrzewaliśmy? Śpiewaliśmy, skandowali hasła, tańczyliśmy, wybijając rytm na kubkach. W różnych częściach kręgu ludzie raz po raz zaczynali pląsać coś jakby średniowiecznego. Niektórzy ćwiczyli. Kilka osób zrobiło jogging naokoło kręgu. Biegli z flagami, z przodu chłopak z rosyjską, dalej dwójka z białoruską i ukraińską, za nimi z gruzińską. Co jakiś czas zaczynali radośnie się drzeć: "Młodzież za zdrowy ład życia!". Też z nimi biegałam. Świetnie rozgrzewa!

Trochę później rozwiązaliśmy problem z toaletą. Pewnie wielu ludzi z otaczających plac domów wpuściłoby nas do siebie. Kłopot polegał na tym, że nie dało się tam przejść. Wokół kręgu stali tajniacy i SOBR [oddziały sił szybkiego reagowania tzw. Czarnej Dywizji Dmitrija Pawliczenki - przyp. red.]. Blokowano wejścia i wyjścia z placu. Sama widziałam na bocznych ulicach karawanę furgonetek dla zatrzymanych, autobusy z OMON. Kilka kroków w bok i znikniesz.

Długo zastanawialiśmy nad sytuacją. Pomógł jeden chłopak, praktycznie gołymi rękami otworzył luk kanalizacyjny bliżej drogi. Nad nim postawili namiot, w dnie wycięli dziurę. Na początku mocno stąd śmierdziało. Zachęcająco krzyknęłam: - Myśleliście, że rewolucja pachnie różami? - i weszłam do namiotu.

Natomiast białoruska telewizja opowiadała, jak podła opozycja zrobiła sobie ubikację - specjalnie! - obok muzeum II wojny światowej. Żałosne! Muzeum jest tak daleko od pierścienia i kamer dziennikarzy, że ten, któremu przyszłoby do głowy tam pójść, oczywiście by nie powrócił.

Trzeba opowiedzieć o jeszcze jednym kłamstwie. Głupi i bezsensowny wymysł - a jednak wielu uwierzyło. Mawiają, że stoimy tutaj tylko dla pieniędzy. Najpierw powiedzieli: 20 tysięcy rubli białoruskich (mniej niż 10 dolarów). Później zrozumieli, że to brzmi śmiesznie i absurdalnie i "podwyższyli" nam "pensję" prawie pięciokrotnie - do 50 dolarów.

Mój Boże! Niechby ci, którzy w to wierzą, przyszli i spróbowali stać na oczach i pod kamerami tajniaków. Stać 14 godzin, drętwiejąc na mrozie, i czekać na wschód słońca jak na zbawienie. Radośnie krzyczeć o świcie. Rankiem widzieć, że nie ma wsparcia, że ludzie się nie przebijają. Odczuwać, jak z każdą chwilą pierścień staje się coraz rzadszy. Co chwila czekać na szturm, bicie, prowokacje. Wiedzieć, że może jutro wywalą cię z uniwersytetu czy z pracy albo wsadzą za kraty.

Czekaliśmy i czekali na pomoc, lecz nadchodziło jej tak mało! Ale o dziewiątej stało się jasne, że pierścień przetrwa. Część ludzi wymieniła się. Kiedy rozdawaliśmy gorącą herbatę i jedzenie, dziękowali, bo dopiero przyszli z domu.

O 9 rano poczułam się fatalnie. Chciało mi się spać i drżałam z chłodu. Wyczekaliśmy moment z Pawłem, przelecieliśmy obok SOBR i tajniaków, blisko których byli dziennikarze, wskoczyli do "setki" i odjechali. A Swieta i Tania pozostały tam na trzy doby bez snu.

Śpiwór jak zbroja proletariatu. Nienawidzę

Po kilku godzinach snu u Pawła pojechaliśmy do pracy. Dziwnie, jesteś już inny i twoje życie gwałtownie nabiera tempa, ale na razie jeszcze toczy się powoli, panuje niezakłócona cisza. W redakcji nikt nic nie wie. Jeden dzień, więc pocieszę się myślą, że wciąż toczy się stare, spokojne życie. Dziwna i słodka iluzja, jakbyś z wojny czy z więzienia powrócił na pół dnia.

Do pracy nawet nie zaspałam. Zredagowałam wyjątkowo ciężki artykuł, załatwiłam wszystkie sprawy. Pojechałam do domu przebrać się w coś ciepłego, zmienić buty, bo na nieszczęście założyłam wiosenne. Najeść się porządnie nie zdążyłam. Miałam wątpliwości, czy jechać na plac Październikowy. Wydaje się, że strasznie się przeziębiłam, do tego bardzo chciało się spać, no i dopisać dziennik. Jak jutro zgarną - bywaj, "ciąg dalszy nastąpi"! Jednak zdecydowałam się. Okręciłam się śpiworem pod kurtką, przyszyłam śpiwór do swetra i zakleiłam skoczem.

Wzięli mnie na stacji metra Październik. Domyślili się bardzo łatwo: śpiwór wystawał spod kurtki. Zagrodził mi drogę milicjant, kazał pokazać dokumenty i zaprowadził do punktu kontroli w metrze.

Musiałam pokazać, co mam pod ubraniem, wyjąć wszystko z torebki. Starłam się zachowywać spokojnie i przychylnie. Próbowałam zacząć rozmowę z ludźmi w mundurze, co nawet wychodziło. Jeden z oficerów, czarnooki sympatyczny pan, poważnie spytał, ile mi zapłacili. Drugi był zupełnie inny. Przetrząsnął moją torebkę. Znalazł dyskietki i złośliwie spytał, co na nich zapisane. Rzekłam spokojnie: - No weźcie, zobaczycie - i skamieniałam. Miałam tam wiadomości z internetowej strony Radia Svoboda oraz moje "Marcowe dzienniki".

Milicjant długo łamał sobie głowę, czy nie zniszczyć moich dyskietek (czego bardzo pragnęłam w tej chwili). Wreszcie oddali. Oddali i estońską wizytówkę K. Pewnie nie zauważyli tam słowa "correspondent". Rozmawiałam z milicją, próbowałam nas tłumaczyć i pokazać, że nie jesteśmy pijani debile. Milicjanci straszyli mnie nocnym rozpędzeniem miasteczka, biciem ludzi, aresztowaniami. Tylko raz prawie straciłam głowę, kiedy weszli tajniacy.

Mogę zrozumieć i jakoś usprawiedliwić milicjantów, natomiast tych nie-na-wi-dzę! Są jakoś identyczni: jednakowe tłuste, pozbawione wyrazu twarze, jednakowo zarozumiałe i pewne w swej bezkarności. Ubrani w coś ciemnego i to ich zdradza.

Ci mieli przypięte odznaki, NASZE znaki "Za wolność"! Zachowali się na posterunku, jak gospodarze. Jeden, trochę wyższy i krzepki, popatrzył na śpiwór i z zadowoleniem powiedział: - O! Śpiwór! Odniosę go Nikołajewiczowi do samochodu, niech się ogrzeje, widać już zmarzł po czterech godzinach.

Zrozumiałam, że muszę powstrzymać emocje, inaczej stracę panowanie nad sobą.

Szperali w moich rzeczach, długo wpatrywali się w paszport. Jeden wziął z torebki książkę braci Strugackich, ze zdziwieniem obracał w dłoniach (chciało się powiedzieć: to jest książka, taka, wiecie, do czytania) i zapytał: - Co to? Kryminał? Mistyka?

Najpierw chcieli napisać protokół i wysłać mnie do więzienia przy Okrestina. W tym momencie wysoki powiedział: - A niech z nią! Chodźmy do tych idiotów, bo jak będziemy ją odwozili, to w kręgu wszystkie przysmaki zjedzą bez nas.

I przyczepili nasze odznaki na piersi.

Takiej nienawiści i takiego bólu nigdy jeszcze nie czułam. Chciałam chwycić go za gardło tego spasionego grubego wieprza, który nas aresztuje i z czystym sumieniem żre nasze jedzenie. Jedzenie, które niosą nam ludzie, ryzykując dziesięciodniowym aresztem. Którą zmarzniętymi rękami rozdają koleżanki, godzinami stojące na majdanie bez snu.

Tego ani zapomnieć, ani darować nie można! Boże, jeśli Ty istniejesz! Wyślij mnie do piekła, gdy wolisz. Ale zrób tylko jedno! Zrób, żeby następny kawałek utkwił w JEGO gardle, jak milicyjna pała.

Tamci ludzie z Reutersa, z polskiej telewizji i innych mediów - tylko ich obecności zawdzięczamy nasze bezpieczeństwo. Jesteśmy na wolności, dopóki tam, na placu, stoi pierścień. Myślę, że jak się to wszystko skończy, Komitet Bezpieczeństwa Państwowego przypomni sobie nasze imiona. Tym bardziej że swoich twarzy myśmy nie chowali.

22 marca. Dołączajcie!

Trochę pospałam w domu. Kończę dzienniki i jadę na plac. Dzwonią znajomi i rodzina, którzy zobaczyli mnie na NTW i EuroNews. Jednak coś dziwnego z telefonem, słyszę szum, trzaski. Najwyraźniej nas podsłuchują.

Spodziewam się, że zdążę jeszcze dojechać do Internet-cafe i wrzucić te dzienniki do sieci. Wyślę, komu potrafię. Co będzie jutro, nie wiem.

Mam prośbę do czytających ten dziennik. Ludzie! Jeśli jesteście Białorusinami, przychodźcie na plac, kto może. Stańcie razem z nami! Dołączcie się!

Jeśli mieszkacie daleko od Mińska, rozpowszechniajcie te dzienniki, żeby zapoznało się z nimi jak najwięcej osób. To też bardzo pomoże. Jeśli nie możecie stać razem z nami, to przynajmniej PAMIĘTAJCIE, jak było, i opowiedzcie to innym.

Żegnam wszystkich na wszelki wypadek!

POST SCRIPTUM

Nie ujawniamy jej nazwiska, by nie narazić jej na dalsze represje.W nocy z czwartku na piątek, 24 marca nad ranem, miasteczko namiotowe na placu Październikowym gwałtownie rozpędzono wciągu 15 minut. Aresztowano jego uczestników. Aresztowana jest autorka "Marcowych dzienników" i bohaterki jej tekstu - Tania i Swieta. I jeszcze wielu, wielu innych. Władze nie pozwalają ludziom składać kwiatów w miejscu byłego miasteczka, a w mediach rozpowszechnia się kłamstwa o jego mieszkańcach. 27 marca odbyły się sądy nad zatrzymanymi na placu. Autorka dziennika dostała 10 dni aresztu administracyjnego.

Autorzy Rzeczpospolitej

Profile

journey
[info]dabrahost
ктобывыдумали! волшебный кролик!
Website

Latest Month

July 2009
S M T W T F S
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031 
Powered by LiveJournal.com
Designed by Taylor Savvy